Wywiady

RADIO FRANCE INTER „FOULE SENTIMENTALE” – 14/06/2019

https://www.franceinter.fr/emissions/foule-sentimentale/foule-sentimentale-14-juin-2019

Didier Varrod prowadzi rozmowy z artystami w dosyć specyficznej atmosferze – to nie jest zwykłe studio radiowe, ale raczej przestrzeń przypominająca kawiarnię. W tym odcinku zaproszeni zostali: Mika, Jeanne Cherhal, Cocoon, Terrenoire, Nelson Beer, Arthur Ely i Clio.

Rozmowa z Miką odbyła się jako pierwsza, ale wtrącał on komentarze także w trakcie wywiadów z innymi gośćmi. Oto najciekawsze fragmenty wywiadu:

Didier: Po raz pierwszy w naszym programie usłyszymy, co nam powie Mika. His name is Michael Holbrook. Urodzony w 1983 roku. Czasami są to dwa zdania, które nas określają i które ratują nam życie. Dobry wieczór Mika. Bardzo się cieszę, że jesteś dziś z nami. To nasze pierwsze spotkanie. Teraz, kiedy poznałem tylu artystów rzadko zdarza się nam gość, który jest w programie po raz pierwszy. Jak się masz?

Mika: Bardzo dobrze. Choć równocześnie muszę przyznać, że jestem bardzo zmęczony. Nie przypuszczałem, że panuje tu taka fajna atmosfera. Otacza nas tyle ludzi. Jakby to był jakiś program radiowy w czasie festiwalu. To się bardzo rzadko zdarza. Radio dla artystów potrafi być dokuczliwe. Trzeba wstać o piątej, szóstej rano. I kończymy koło ósmej wieczorem. Pomiędzy różnymi stacjami radiowymi jesteśmy bardzo odizolowani i powtarzamy ciągle te same informacje. Tutaj jest inaczej: jesteśmy otoczeni ludźmi, którzy siedzą obok, piją drinki.

D: Postaramy się nie powtarzać informacji, ale spróbujemy opowiedzieć o tym, co wiąże się z nowym albumem. Wiemy, że wszystko zaczęło się od poszukiwań własnej tożsamości. Tak naprawdę, to nic nowego, ponieważ mam wrażenie, że od początku twojej kariery pojawia się temat tożsamości, poszukiwania kim naprawdę jesteś. I kiedy się tego dowiesz, przestaniesz śpiewać. Czyli to jest dobra wiadomość.

M: Absolutnie. Za to jesteśmy odpowiedzialni. Jesteśmy artystami, kompozytorami, muzykami. Myślę, że każdy zaproszony tu dziś gość zadaje sobie te same pytania, kiedy komponuje piosenkę: kim jesteśmy, czego chcemy, co się nam podoba, jakie są nasze pragnienia. Tak, zawsze zadawałem sobie pytanie kim jestem, żeby zrozumieć kim się stanę w przyszłości. Ale za każdym razem sytuacja jest trochę inna. I tym razem też, sytuacja jest inna.

D: Artyści na ogół wybierają sobie pseudonim – nazwisko sceniczne. Ty wziąłeś połowę swojego imienia, połowę swojej tożsamości. Nie wymyśliłeś czegoś, co nie istniało.

M: To tak nawet nie był wybór. Moja mama jest Libanką, ojciec Amerykaninem. Ojciec jest WASP (White Anglo-Saxon Protestant). Ja urodziłem się w Bejrucie, dokąd wyjechała moja rodzina w związku z pracą ojca. Mój ojciec urodził się w Jerozolimie, dorastał w Kairze, Waszyngtonie i wielu innych miejscach, ponieważ jego ojciec był dyplomatą. A więc jego tożsamość była bardzo pokręcona. Moja mama też miała ciekawą historię. Urodziła się, kiedy jej mama miała 16 lat. A jej ojciec miał wtedy 60 lat. On był Syryjczykiem, ona Libanką. Kiedy wyjechała do Nowego Jorku, nie mówiła po angielsku. I wtedy urodziła moją mamę. Moi rodzice spotkali się dwa razy i potem wzięli ślub. Moja mama postanowiła wyjechać z Ameryki. Ja urodziłem się jako trzeci. Jest nas pięcioro. Moja rodzina pochodzi z miasta Savannah w stanie Georgia. Tam przestrzegano pewnych tradycji. Ojciec błagał mamę: nazwij syna Michael Holbrook Penniman Junior. I jeśli kiedyś on będzie miał syna, to nazwie go Michael Holbrook Penniman III. Mama wtedy się zgodziła, ale półtora godziny po moich narodzinach stwierdziła, że nie lubi tego imienia i jej syn będzie miał na imię Mika. Tak więc jestem Mika od chwili moich narodzin. I ten Mika stał się artystą. Dopiero niedawno, obserwując zmiany w mojej rodzinie, w moim otoczeniu, postanowiłem przyjrzeć się tej części mojego życia związanej z Ameryką. Rozpocząłem poszukiwania mojej tożsamości i tematu do nowych piosenek.

D: Często ludzie lubią śpiewać te piosenkę: „last night DJ saved my life” (wczoraj wieczorem DJ uratował mi życie). W moim przypadku DJ często ratował mi życie. U ciebie są to słowa.

M: To prawda. Uwielbiam słowa. Ludzie myślą, że jestem… że się tak wyrażę, „prostytutką muzyczną” . Naprawdę muzyka mnie uwodzi. To może być każdy styl: rap, muzyka klasyczna, Wagner, czy Dolly Parton. Kiedy słyszę muzykę, czuję się uwiedziony. Uwielbiam muzykę. Ale muszę przyznać, że kiedy pracuję nad piosenką mam obsesję na punkcie słów, obrazów. Opieram się na obrazach.

D: I te pierwsze słowa piosenki „My name is Michael Holbrook” uratowały ci życie. Wprowadziły cię z tok tworzenia. Bo wcześniej byłeś na granicy paniki. To był syndrom białej kartki.

M: Tak, ten syndrom to najgorsza rzecz, jak się może zdarzyć osobie, która tworzy. To nawet nie była panika. To było coś gorszego. Samozadowolenie. To było dziwne uczucie. Szukałem punktu, od którego mógłbym zacząć. Zabrałem moje psy do samochodu i pojechałem do Savannah Georgia. Odwiedziłem cmentarz Bonaventura.

D: To trochę dziwne odwiedzać zmarłych.

M: Nie pomyślałem o tym. Ale cmentarze są piękne. Często je odwiedzam. Na przykład niedawno pojechałem do Wenecji. I nie chciałem zwiedzać katedry czy pałacu. Poszedłem obejrzeć Wyspę Zmarłych. Jest tam pochowany Diagilew, Strawiński… Tak więc pojechałem tam (Savannah) i odkryłem, że duża część cmentarza była zarezerwowana dla mojej rodziny. Dla rodziny Penniman. I wszyscy mężczyźni mieli na imię Michael, Holbrook, William i Frederick. I pomyślałem, że to jest część mnie. To miejsce, gdzie kiedyś były pola bawełny, niewolnicy. Ja, który urodziłem się w Bejrucie i musiałem stanąć przed inną częścią samego siebie. Byłem trochę zagubiony. I kiedy wróciłem do domu, usiadłem do pianina i bezwiednie zagrałem…. My name is Michael Holbrook I was born in 1983… i bam!

D: I tak właśnie jedno zdanie może uratować życie. Zmarli, dupy, Eros, Euthanatos, to wszystko zawiera się również w piosence z albumu, który się niedługo ukaże. („Ice Cream”)

D: Z informacji, które mam, wyobrażam sobie, że twój nowy album mógłby być zilustrowany przez te oto utwory (Didier puszcza fragmenty różnych piosenek. M. in. George Michael, Maxime Leforestier, Aldebert, Alain Souchan , Aertha Kitt, Fiona Apple)

Mika: To jest ilustracja całego mojego życia. Mojego dzieciństwa, a szczególnie mojego czasu dorastania i dorosłego życia. To są piosenki bardzo dla mnie ważne. Pamiętam dokładnie, że kiedy słuchałem po raz pierwszy piosenki „Paper Bag” Fiony Appl,e zwariowałem na punkcie każdego detalu. Do tego stopnia, że wynająłem perkusistę, którego tu słyszycie, żeby zagrał na mojej pierwszej płycie. To Matt Chamberlain.

D; Dobry wieczór Jeanne Cherhal. Wyglada na to, że Fiona Apple ma wpływ również na twój nowy album.

Jeanne: Tak, dokładnie. Mika wspomniał Matta Chamberlain’a. Poznałam go. Bardzo chciałam, żeby i on zagrał na mojej nowej płycie. Moją ulubioną płytą jest jej drugi album „When the Pawn”. Gra tam dwóch perkusistów: Jim Keltner i Matt Chamberlain. I udało mi się mieć obu!

M: Naprawdę? To musiało cie dużo kosztować!

J: Trochę to kosztowało. To perkusista amerykański.

M: To całkiem inna kultura. Trzeba wyjaśnić o co chodzi.

J: On pracuje bardzo szybko.

M: On pracuje szybko. Ale trzeba zapłacić za jego asystenta. Trzeba zapłacić za ciężarówkę, która podjeżdża pod studio. Byłem w ciężarówce Matta. Miał chyba ze czterdzieści zestawów.

J: Ja byłam w jego studio nagraniowym. Tam nagrywaliśmy. Ale to prawda, że było tam pełno sprzętu. To robi wrażenie.

D: Wróćmy jednak do ilustracji…

J: Wystarczy historii o perkusistach.

M: Wszyscy zakochują się w perkusistach. Wszyscy chcą iść do łóżka z perkusistą.

D: Naprawdę?

Mika: Oczywiście.

D: Bo są dobrze zbudowani?

M (ze śmiechem): Nie. Oni są najłatwiejsi.

J: Czego my się tu dowiadujemy!

D: „I Want Your Sex” George Michael. Czy w pierwszym singlu miałeś ochotę dorzucić trochę George’a Michael’, czy INXS, Michael’a Hutchence’a?

M: Tak, tę zmysłowość, która podnosi temperaturę. Zastanawiałem się, czy wolno nam to robić. Dlaczego nie? I kiedy pisałem słowa do „Ice Cream” , które są pełne obrazów… zmysłowości, cielesności… pytałem siebie, czy mogę się odważyć. Ale to w końcu jest tylko piosenka. Po co w ogóle się zastanawiać? Zrób to. Jeśli to jest piękne, nieważne o czym jest tekst. Jeśli to jest piękne, to można to zrobić. Można mówić o wszystkim, jeśli zachowa się elegancję. To jest taki nasz artystyczny kodeks.

J: Zgadzam się z tobą. Tabu nie istnieje. Wszystko jest kwestią formy.

D: W mojej ilustracji muzycznej były piosenki „Mon Pere est hero” (Mój tata jest bohaterem) i „My Heart Belongs to Daddy” (Moje serce należy do tatusia). Czy twój ojciec jest bohaterem?

M: To jest cichy bohater, prawie niewidzialny. Jest bardzo obecny. Nadal jest z moją mamą. I chyba nawet w tej chwili oboje słuchają tego programu. Tak, mój ojciec jest bohaterem. Moja mama potrafi dominować. Pochodzę z rodziny matriarchalnej. Czyli wszystkie kobiety dominują. Mam wiele matek. Pracuję też z moimi siostrami. Tak więc mój ojciec trzymał się raczej z tyłu. Ale zawsze był obecny w naszym życiu. I coraz bardziej jestem nim zafascynowany. Kiedy miałem 25 lat nie potrafiłem docenić tego, jaki był. Ale teraz, mając 35 lat, o wiele łatwiej dostrzegam jego zalety. Kiedyś byłem prawie ślepy. Potrzeba czasu, aby stworzyć więzy… więzy miedzy synem i matką są bardziej ewidentne. Więzy między synem i ojcem są bardziej skomplikowane. Tak uważam.

D: Masz 36 lat.

M: Mam 35 lat. Ale wiek nie jest dla mnie ważny.

D: Masz więc 35 lat i za 4-5 lat być może wydasz płytę o czterdziestoleciu. To takie nawiązanie do nowej piosenki Jeanne Cherhal „L’An 40”, którą puściliśmy po raz pierwszy dziś o 5:40 we France Inter.

J: Naprawdę? To ja jeszcze spałam!

D: Charles Peguy napisał: „40 lat to wiek, kiedy stajemy się tym, kim jesteśmy”

……..

Rozmowa toczy się na temat stylu gry Jeanne Charhel na fortepianie. Słyszymy fragment utworu z programu poświęconego 20 rocznicy śmierci artystki francuskiej Barbary.

D: Przed chwilą rozmawialiśmy o perkusistach. Ten styl gry na fortepianie…

M: To jest cudowne. Tak słucham tego, kiedy rozmawiacie. To jest piękne.

D: W dodatku uwielbiasz Barbarę.

M: Uwielbiam Barbarę! Poznałem ją dzięki mojemu przyjacielowi Doriand’owi. Przez miesiąc słuchałem tylko jej nagrań. Od rana do wieczora. To była ikona… Kiedy po raz pierwszy spotkałem Brian’a May’a (z zespołu The Queen), wyjaśnił mi pewną rzecz. Powiedział: „Wszyscy się pomylili. Freddy Mercury grał na fortepianie jak perkusista. On był głównym perkusistą The Queen”. Nie wiem, co o tym myślał ich perkusista 🙂 Ale to właśnie było to. To perkusja nas przyciągała. Szczególnie na koncertach. Nie koniecznie na płytach, ale na pewno na scenie.

J: Tak to właśnie wyobrażaliśmy sobie z Basharem (mowa o wysłuchanym utworze). Wzięliśmy fortepian za perkusję.

………..

D: Dużo mówisz o silnych kobietach. Christine (Chris) również do takich należy. Co to dla ciebie znaczy?

J: To przede wszystkim kobieta, która jest w zgodzie ze swoją kobiecością. Kobieta, która chce mieć swoje miejsce w społeczeństwie i nie musi za to przepraszać…. Mam wrażenie, że od jakichś trzech lat przeżywamy właśnie powrót wielkiej fali feminizmu… od czasu #metoo. Cieszę się, że 19-20-letnie kobiety są dużo bardziej świadome i aktywne niż my byłyśmy w ich wieku. Chodzi mi o feminizm egalitarny, inteligentny.

D: Feminizm kobiecy. A co ty o tym myslisz, Mika?

M: Absolutnie zgadzam się z Jeanne. Lubię tez to określenie „feminizm kobiecy”. Ponieważ silna kobieta manifestuje się w bardzo różnorodnych formach. Silna kobieta wyraża się również poprzez łagodność. To matka, która pracuje od rana do wieczora, która wychowuje dzieci i traktuje to jak swoją pracę. Jest tyle różnych matek, tyle różnych kobiet. Tyle artystek, businesswomen.

Rozmowa schodzi na temat słowa „female” użytego przez Mikę. Ale to już sprawa czysto językowa i trudno uchwycić jej sens po polsku.

M: Wychowywałem się w środowisku kobiecym. Już o tym wspominałem wcześniej.

D: Czy kobiety w twoim matriarchalnym świecie są silne?

M: Oczywiście. One są bardzo różne. Moje ciotki, moja babcia, która była niczym żmija. Przepyszna żmija. Zdarzało jej się kąsać. Była niesamowitą, silną kobietą. Miała swój niepowtarzalny koloryt. I nawet jeśli był okres, kiedy ją nienawidziłem, ten koloryt był szczególny. W mojej rodzinie są też kobiety, dziewczyny bardziej łagodne. Nigdy nie generalizowałem, jeśli chodzi o kobiety. Może wychowywałem się w szczególnych warunkach. Ale teraz uważam, że to był wielki przywilej.

………..

D: Mika, czy uczestniczenie w programie The Voice przez ostatnich kilka lat stworzyło podobne pole działania, jak w procesie tworzenia?

M: Nie, to jest coś innego. Jest w tym strona artystyczna oczywiście, ale…

D: Czy to też poszukiwanie tożsamości? Przekazywanie jej własnym dzieciom, czy tym młodym ludziom, którzy chcą pokazać ci ich własny świat?

M: Z niektórymi tak, ale nie ze wszystkimi. Większość z nich myśli, że jestem szalony i agresywny i jestem tam tylko po to, żeby im zatruwać życie. Ale uważam, że to co powiedziałeś jest bardzo interesujące. Proces artystyczny w The Voice, który polega na coachingu, to cała historia. To nie jest łatwe zadanie. Naprawdę. Kiedy siadasz w tym czerwonym fotelu, nie jest łatwo się wypowiadać, znajdywać wytłumaczenia, nie zmieniać się przed kamerą. I to wszystko dzieje się w kontekście bardzo komercyjnym. To jest TF1, w „prime time” (najlepsza pora ogladalności) i trzeba pozostać sobą.

Nelson Beer: Chciałbym wiedzieć na ile opieracie się na scenariuszu.

M: Nie ma scenariusza. Nigdy nie było. Tylko dla Nikosa. Ab-so-lut-nie nie mamy scenariusza. Oczywiście jest montaż. Inaczej odcinek trwałby trzy i pół godziny. W innych krajach wszystko jest przygotowane. Mają ipady i małe słuchawki w uchu, w których producenci podpowiadają, co trzeba powiedzieć. My nie mamy nic. Nic. Nic. I tak jest od początku. Producenci zrozumieli, że w ten sposób program jest bardziej wiarygodny.

D: Mika, jeśli chcesz zostać z nami, zapraszam. Jeśli musisz już iść, jesteś wolny. Czuj sie jak u siebie. W każdy razie album ukaże się we wrześniu?

M: Nie, w październiku. 4 października.

D: Ach, to trzeba jeszcze trochę poczekać.

M: Tak, trzeba jeszcze trochę poczekać, ale w międzyczasie pojawią się nowe rzeczy.

D: Jesteś szczęśliwy?

M: Bardzo. Rozumiem, że to co robię, to wielki przywilej. Pisanie piosenek to strefa, w której czuję się naprawdę szczęśliwy. I jeśli nawet jestem z natury trochę pesymistą, to kiedy przytrafia mi się coś pięknego, za każdym razem jestem zachwycony i zaskoczony. Będę się tego trzymał. Nie boję się patrzeć w przyszłość, bo widzę, że życie ofiaruje mi mnóstwo pięknych rzeczy.

https://www.franceinter.fr/emissions/foule-sentimentale/foule-sentimentale-14-juin-2019

………….

CANAL+ LA BOITE A QUESTIONS 10/06/2019

Czego powinniśmy się spodziewać po twoim najbliższym albumie „Nazywam się Michael Holbrook”?
Jest gorący, kolory są mocne, jest melodyjny, popowy. Teksty są bardzo intymne, a jednocześnie są tam melodie, które są najbardziej „chwytliwe” od czasu mojego pierwszego albumu.

A jaki jest twój ulubiony smak lodów?
Zapewniam was, że to nie jest wanilia. Cóż, jestem z Grekiem, a więc pistacjowe.

Bejrut, Paryż, Londyn, gdzie jest twój dom?
W tej chwili uwielbiam wracać do domu we Włoszech, ponieważ to taki powrót do natury. Życie tam jest to proste. I przycinam drzewa!
To moja nowa obsesja, mam kolekcję pił mechanicznych Mam ich sześć. Są bardzo różne.
Uwielbiam je! Powiesiłem je na ścianie w kuchni i sobie na nie patrzę.

Gdybyś mógłbyś spotkać siebie za 15 lat, co byś sobie powiedział?
Nie wstydź się za siebie. Zdarza się, że chcemy coś ukryć przed sobą, przed innymi. A potem uświadamiamy sobie, że później szukamy w sobie tych wszystkich cech, które staraliśmy się ukryć. A więc: podrywaj, kochaj się (Mika użył tu bardziej soczystego słowa), baw się, podejmuj ryzyko…

Podobno jesteś hipochondrykiem. Jak to się manifestuje?
Nieskończoną ilością faktur dla lekarzy na całym świecie… bardzo dużo wydaję na lekarzy. Tutaj (Francja) mam lekarza od głosu, od pleców, mam innego od układu nerwowego, od uszu, dwóch osteopatów, jednego urologa… w rzeczywistości większość moich przyjaciół to albo restauratorzy albo lekarze! Nie cierpię muzyków…

Jakiej rady udzieliłbyś młodej ofierze przemocy w szkole?
Można mu mówić: nie bój się! Jesteś wspaniały! Jesteś mądry! Ale to nie pomaga. Trzeba zrozumieć, jak działa nękanie w szkole.
Ci ludzie są jak piraci, którzy zakradają się do twojego wnętrza: swoimi komentarzami, działaniami. Ale najgorzej się dzieje, kiedy jesteś sam w swoim pokoju, kiedy patrzysz na siebie w lustrze. Nie wolno pozwolić im wejść do twojego wnętrza.

Na koniec maszyna prosi Mikę o zaśpiewanie fragmentu piosenki „Ice Cream”.

I całusek na koniec.

RADIO RMF 03/06/2019

Tłumaczenie wywiadu już niedługo

Radio LeDrive RTL2 31/05/2019

Tłumaczenie wywiadu już niedługo.

20/11/2018 Zapraszam Mikę do Polski

Ja: Mika, czy dostałeś moje zaproszenie do Polski?

Mika: Do Polski?

Ja: Tak, bo ja jestem z Polski i w imieniu wszystkich polskich fanów zapraszam cię do Polski. Nie wiem, czy w garderobie znalazłeś moje zaproszenie.

Fanka z Francji: Zostawiła je przy wejściu do studia. Musisz jechać do Krakowa. Wszyscy się tam wybieramy.

Ja: Ale nie do Warszawy tylko do Krakowa.

Mika: Do Krakowa?

Ja: Tak, mamy piękną arenę (Chodzi o Tauron Arena).

Mika: Nigdy nie byłem w Krakowie.

Ja: No to cię zapraszam.

Mika: Bardzo chciałbym pojechać do Polski. Śpiewałem tam, kiedy byłem bardzo młody. Miałem tam koncerty z muzyki klasycznej. W Warszawie (Mika wymawia to po polsku!)

Ja: W Warszawie! Tak, to nie jest Varsovie tylko Warszawa. I to jest Kraków a nie Cracovie.

Mika: Krakow, tak wiem…

Spotkanie z Miką po nagraniach The Voice France w Paryżu

…………………………………………………………………………………………………..

Wywiad 20/07/2012

Konferencja prasowa z 20 lipca 2012 w Le Havre w Normandii przed koncertem. 

Rozmowa z redaktorem Radia Monte Carlo (RMC).

RMC:Jest piękna pogoda. Czy to jest ważne, kiedy się występuje?

Mika: Oczywiście. Jeśli jest piękna pogoda, tym lepiej dla fanów. Kiedy czekają na koncert, albo chcą potańczyć, albo pospacerować. I też widziałem ze sceny w czasie próby, że gdyby padało, zrobiłoby się błoto. Na razie jest dobrze. Pogoda pomaga wszystkim. Ekipie. Są bardziej mili, kiedy nie pada.

RMC:A co tu robisz? Jesteś przed premierą nowej płyty, która ma wyjść we wrześniu (2012). Ten występ będzie rodzajem próby? Chcesz sprawdzić jak zareaguje publiczność? Tak się robiło w latach 70-80.

Mika: Tak, dokładnie taka była koncepcja. Kiedy zaczynałem, nikt nie przypuszczał, że będę artystą, który będzie w stanie robić trasy koncertowe nawet pomiędzy albumami. Teraz możemy grać koncerty nawet w Stanach, czy w Azji. To nam bardzo pomaga. To bardzo pomaga mi, bo mogę zachować kondycję jako performer na scenie. Tak, to rodzaj przygotowań do tego, co będziemy robić. Zaczynamy dzisiaj, potem będzie trasa po Francji i jesienią po Europie. Potem Stany Zjednoczone, Azja. Potem znów Europa. Chcemy też skorzystać z tego, że jest lato, żeby grać w plenerze. Takie koncerty są bardzo różne od tych granych w teatrach czy arenach. Trzeba bardziej skupić się na muzyce niż na stronie teatralnej, wizualnej.

RMC: Słyszałem, że zaśpiewasz kilka piosenek po francusku. Między innymi „Lolę”.

Mika: „Lola” jest po angielsku. Ale tak, zaśpiewam „Lolę” i mam nadzieję, że się nie pomylę (śmiech). Wykonam ją po raz pierwszy. Zaśpiewam też piosenkę „Underwater” piękną balladę po angielsku. I oczywiście zaśpiewam tytułowy utwór „The Origin of Love”. I „Karen du 82” po francusku. Teraz mieszam różne rzeczy. To mi daje pewną swobodę. Mam więcej piosenek, mam w czym wybierać. Wcześniej miałem tylko jeden album. Proszono mnie był robił występy 75-90 minutowe i zastanawiałem się jak to zrobić mając tylko jedną płytę. Więc grałem covery. To było beznadziejne. Próbowałem różnych rzeczy. Więcej mówiłem między utworami. Teraz mam dwie wydane płyty, trzecia wyjdzie niedługo. To dopiero jest luksus, kiedy możesz wybrać z tego 11-12 piosenek.

RMC: Czy to nie jest zarozumialstwo nazwać płytę „The Origin of Love”?

Mika: Nie, absolutnie nie. Wręcz przeciwnie. O to mi chodziło, żeby ludzie zastanawiali się: co to ma znaczyć? Czy to on? I potem odkrywają, że to wcale nie tak. To jest list miłosny. Mówię w nim, że niszczę (odrzucam) historię, niszczę (odrzucam) religię, biblię, bo w końcu zdałem sobie sprawę, że źródłem miłości jesteś ty. I zapominam o wszystkim, co mnie otacza, bo ty jesteś źródłem miłości. To wcale nie jest zarozumialstwo, to odrzucenie wszystkiego wokół.

RMC: Powiedz jak pracujesz nad muzyką. Słyszałem, że to praca w grupie. Jest grupa, jest rodzina.

Mika: To praca zbiorowa. To pewne. A ja jestem łącznikiem wszystkich tych ludzi, którzy mnie otaczają. Ten łącznik pomiędzy piosenkami, koncertami, szatą graficzną, to jestem ja. To jest praca zbiorowa. Zawsze tak robiłem i zamierzam tak kontynuować.

Czasami izoluję się od innych i to jest zły znak. Coś jest nie tak, jeśli szukam samotności. To znaczy, że jestem sfrustrowany albo, że się ukrywam. Moja rodzina wie, że jeśli szukam samotności, to znaczy, że coś nie gra. Natomiast kiedy jestem wśród ludzi, czerpię od nich inspirację, czerpię z ich energii. Wtedy czuję się najlepiej.

To znaczy, z jednej strony potrzebuję ludzi wokół siebie… Nie wiem… może dlatego, że jestem samodzielnym artystą. W zespole ma się ludzi tuż obok. Kiedy jesteś sam musisz poszukać sobie współpracowników. W moim przypadku tak to działa. To nie tak, że tracę swoją tożsamość wchodząc do studia nagraniowego i producent chce kupić taką a taką piosenkę. Często tak się dzieje. Kupuje się pewien rodzaj brzmienia. Ja tak nie pracuję.

Mogę zacząć coś z kimś robić, potem to niszczę, buduję od nowa, dorzucam coś nowego. Buduję takie klocki, trochę jak Lego. Z tego robię rodzaj kolażu. I na koniec pojawia się moja twarz. Tak na przykład robię moje ilustracje. Tak robię ze wszystkim.

RMC: Tak właśnie pracujesz z Doriandem? (francuski wykonawca i twórca piosenek – długoletni przyjaciel Miki)

Mika: Tak, tak pracuję z Doriandem. Siadamy razem w pokoju. On czerpie inspirację ode mnie, ja od niego. Pewne rzeczy piszemy wspólnie, inne oddzielnie. A na etapie produkcji, obróbki… na przykład jest taki młody Szwed, który mówi trochę po angielsku, ale nic po francusku. I on słyszy piosenkę i mówi: o, to jest fajne. Ale dla niego ta piosenka jest kompletnie czymś innym. On ją interpretuje po swojemu. Nie zrozumiał ani słowa z tekstu. Pudełko z nagranym singlem on opisał: ELL MU DET . To był dla niego tytuł piosenki. I tak się to dzieje. Potem on i Gregoire dorzucają coś od siebie, dźwięk trochę bardziej organiczny. Bo ten Szwed jest bardziej „elektroniczny”. I potem ja w trakcie miksowania dodaję coś jeszcze i mamy produkt finalny.

Myślę, że taki rodzaj współpracy działa dobrze tylko wtedy, kiedy ustalimy, że to muzyka jest najważniejsza. Tu nie chodzi o hierarchię, kto jest ważniejszy. Wszyscy są sobie równi. Nie ma za dużo egoizmu. Dla mnie, jeśli ktoś mi mówi, że to co zrobiłem jest beznadziejne, odpowiadam: OK, jeśli możesz to zrobić lepiej, to proszę bardzo.

Myślę, że to jest powód, że jeśli z kimś współpracuję, to często później ten ktoś zostaje ze mną. Przy tym nowym albumie pracowałem z Gregiem Wellsem i wśród wielu innych, pisałem piosenki z kobietą, która się nazywa Jodi Marr. W pewnym sensie ona mnie odkryła przy mojej pierwszej płycie. To ona wpadła na mnie w pewnym biurze w Nowym Yorku, kiedy siedziałem w poczekalni i miałem ochotę się rozpłakać, ponieważ po raz 720 zostałem odrzucony. A ona mi mówi: piszę piosenki dla artystów latynoskich. Ja jej powiedziałem; oh, to super. Ona na to: wiesz mam sporo przebojów, ale wszystkie piosenki stają się przebojami w Meksyku (a ona jest Amerykanką, nie Meksykanką). Oni nigdy mi nie płacą i fajnie byłoby napisać coś po angielsku. Ja na to: ok, mogę ci pokazać moje demo. Popatrzyła na mnie i powiedziała: chodź ze mną. Znam ludzi, którzy mogą ci pomóc. Z czystego serca. Im się spodoba to co robisz, bo w Miami nie znajdą czegoś podobnego. Jest urban music i muzyka latynoska. Chodź, wszyscy ci pomogą, bo to co robisz jest inne. I pojechałem. Nie wiedziałem, że ona nie miała pieniędzy. Ja całe moje stypendium zamiast na naukę wydałem na nowy album, na demo. I ona wiedziała, że nie miałem kasy. W tajemnicy przede mną wzięła pożyczkę pod zastaw swojego domu, żebym mógł przygotować demo. I nad tym nowym albumem też dużo pracowaliśmy razem. Tak więc, pozostaję w kontakcie z ludźmi. I oni zostają ze mną. Znajdujemy kolejnych. Ale prawdą jest, że ludzie rzadko mówią o tego rodzaju współpracy. Dla mnie jasne jest, że w taki właśnie sposób pracuję przy tworzeniu muzyki, występów.

RMC: „Elle Me Dit” to piosenka, która stała się przebojem. Jest po francusku i to było zaskoczeniem dla wszystkich. Fanny Ardan w teledysku – to naprawdę było wielkie zaskoczenie.

Mika: Tak. Mówi się, że to naprawdę wszystkich zaskoczyło. I naprawdę tak było. Kiedy rozmawiałem z prasą o tej piosence, reakcje na początku były bardzo negatywne. Co? Ty chcesz śpiewać po francusku? Tego typu rzeczy. Zacząłem się zastanawiać: o co chodzi? Od kiedy są jakieś zasady? To jest muzyka. Tu nie ma reguł. Czy oni pogłupieli? Przecież po to jesteśmy muzykami. Żeby łamać reguły. I zajęło to trochę czasu. I to teledysk i ludzie, którym się podobało zadecydowali, że wszystko tak się potoczyło. To było super.

Ja już od dawna chciałem śpiewać po francusku. Ale nie spotkałem nikogo, z kim mógłbym pracować w taki sam sposób, w jakim pracuję przy piosenkach angielskich. I kiedy spotkałem Dorianda, pomyślałem, ok, on jest fajny. Możemy spróbować.

A Fanny Ardan spotkałem na kolacji. Siedziałem naprzeciwko niej i bardzo się denerwowałem. Ona mnie nie znała, nie wiedziała co robię. Rozmawialiśmy. Ona ma taki sposób bycia, taki autorytet wobec wszystkich przy stole. Pod koniec kolacji ona zaczęła opowiadać o swoich córkach (ma chyba dwie), które są mniej więcej w moim wieku. I pomyślałem sobie: ciekawe, ona taka diva, taka silna i taka łagodna jednocześnie. Ciekawe jak to jest być jej córką. Albo synem. I kiedy myślałem o teledysku, pomyślałem, że ona byłaby idealna. Kobieta silna, niezależna, która kocha swojego syna, ale która nie boi się mu powiedzieć „spieprzaj”, bo ona ma swoje własne życie. Jest między nimi to napięcie. Ona byłaby idealna, żeby to zilustrować.

Więc zadzwoniłem do niej. Bardzo oficjalnie. Dzień dobry, chciałbym pani coś zaproponować i tak dalej. Ostatecznie udało się ją przekonać. Ale nie było to łatwe. Ona to zrobiła całkowicie za darmo.

Zrobiła to tylko dlatego, że podobał się jej pomysł.

RMC: Piosenka znajdzie się na nowej płycie?

Mika: Tak, piosenka będzie na nowej płycie razem z „Karen”, „L’Amour Dans le Mauvais Temps” i „Un Soleil Mal Lune” też po francusku.

RMC: Obecnie w radiu słyszymy „Celebrate” z Farrellem Williamsem. W jaki sposób spotkaliście się? I jak powstał ten kawałek?

Mika: Znalazłem studio nagraniowe w Miami, które akurat było nie zajęte i dali mi dobre warunki wynajmu. I pomyślałem, że jest świetnie. Bo to naprawdę luksus mieć dostęp do takiego świetnego studia za dobrą cenę. Bo latem w Miami jest bardzo gorąco i wszyscy uciekają z miasta. I on tam mieszka. Słyszał o tym dziwnym artyście, którego Amerykanie nie do końca rozumieją, który pracuje z ludźmi w studio, albo w hotelu. I on tak naprawdę wiedział, co ja robię. Zadzwonił i powiedział, że chciałby ze mną pracować i żebym mu powiedział, kiedy może przyjść do studia. Zaczęliśmy pracę i był tam jeszcze jeden artysta, kompletnie nie znany, którego poznałem przez internet. Miał 22 lata. I zaproponowałem, żebyśmy coś razem zrobili. Farrell Williams, wielka gwiazda, z wielkim diamentem na palcu. Przypominam sobie moment, kiedy Farrell wyprosił ze studia wszystkich asystentów. A było ich sporo na początku. Zostałem tylko ja, on, inżynier dźwięku i ten młody artysta, Ben. I wtedy on zdjął swój pierścień z diamentem, schował go do torby i zaczęliśmy pracować. Wtedy sobie powiedziałem: ok, teraz facet złapał fazę. Teraz już wie, po co tu jest. To była piękna chwila.

I tak to było. Napisaliśmy jeszcze jedną piosenkę pod tytułem „Tah Dah”. Nie wiem jeszcze, czy ona znajdzie się na płycie, czy to będzie jako bonus.

Mieliśmy trasę koncertową „Imaginarium”. Rozpoczęliśmy w 2010 roku i trwała aż do…. końca 2011. Skończyliśmy w Brazylii. Nie wiedziałem czego się mogę spodziewać w Brazylii. To było tourne bez końca! Oczywiście to było fajne, ale w pewnym momencie można się zagubić.

Teraz występ jest kompletnie inny. Mam nowych członków zespołu. Muzycznie występ jest bardziej kolorowy. Nowi muzycy mają duże wyczucie. Dla mnie zawsze było ważne, żeby uczestniczyć w festiwalach i porównując się do zespołów występujących przed nami i po nas, móc powiedzieć, że ja i mój zespół, muzycznie spokojnie możemy z nimi konkurować. Chciałem muzyków, którzy byliby w stanie przenieść mnie na inny poziom.

RMC: I czujesz tremę, wchodząc na scenę? Na przykład dzisiaj.

Mika: Oczywiście. Jeśli nie czujesz tremy, to już po tobie.

RMC: Mówisz, że Francja i Anglia, to są kraje, w których odczuwasz największą tremę.

Mika: Bo to są kraje mojego dzieciństwa. To kraje w których mieszkam. Nie mieszkam już we Francji, ale kiedyś mieszkałem w Paryżu. I to się liczy. Anglia i Francja. Wiem, że to trochę niesprawiedliwe wobec innych krajów. Ale od pierwszego albumu mam takie odczucia. Zależy mi bardzo, żeby wypaść jak najlepiej.

RMC: Jest trójka artystów francuskich, których bardzo cenisz. Trzy kobiety: Jane Birkin, Emily Simon i …. trzecia to France Gall. Z którą z nich chciałbyś zaśpiewać w duecie? Zwłaszcza, że ona (France Gall) właśnie przygotowuje nową płytę, nowy spektakl. Chciałbyś do niej zadzwonić i zaproponować współpracę?

Mika: To dziwne pytanie… Kiedy ma się idoli… Ja raczej nie mam idoli. Bo to nie chodzi o marketing, o twarz France Gall, jej wygląd. Tu nie chodzi o prasę. Chodzi wyłącznie o muzykę. Kiedy ma się takie ikony w głowie, nie wolno ich spotykać… Na przykład jestem wielkim fanem Biork. I nie mam ochoty się z nią spotkać, być z nią w studio, nawet nie chcę przebywać z nią w jednym pomieszczeniu. Bo nie chcę zniszczyć jej obrazu w mojej głowie. Może ona jest świetna, ale nie wiem. I dlatego z kimś takim jak France Gall, byłoby podobnie. Francoise Hadry – tak samo. Barbara – gdyby żyła, nie wszedłbym nawet do tego samego budynku, w którym ona by przebywała. Ja tak mam.

Z Emily Simon jest inaczej. Poznaliśmy się od strony muzycznej. Znaliśmy się od początku. Można powiedzieć, że jesteśmy kolegami. To co innego.

A więc odpowiadając na pytanie: raczej nie. Chociaż jestem wielkim fanem.

RMC: Co będziesz robić 18 sierpnia 2013 roku?

Mika: Oh, ale jesteś … Wiem, dlaczego o to pytasz. Będę obchodził 30 urodziny. Nie wiem. Prawdopodobnie będę pracować, prawdopodobnie będę grać koncert. Bo czemu nie? Prawda?

To śmieszne. Ja zawsze mówię: nie mam kompleksów z powodu 30tych urodzin. Nie miałem kompleksów w wieku 25 lat, 20 lat. Dla mnie to nic nie znaczyło. Byłem w Nowym Jorku, nagrywałem teledysk i mój kuzyn mi mówi, w swój bardzo bezpośredni sposób: „jak na kogoś, kto nie przejmuje się tym, że będzie miał 30 lat, za dużo o tym mówisz”. No nie wiem… Zazwyczaj w wieku 30 lat przechodzi się kryzys. Widziałem to u moich przyjaciół, czy u moich sióstr. Ja przechodzę taki kryzys co dwa lata. Naprawdę. Przechodzę kryzys co dwa lata. Miałem kryzys, kiedy straciłem głos (Mika ma na myśli mutację głosu). Normalnie nie przechodzisz kryzysu, kiedy masz 15 lat. Ja mając 15 lat straciłem głos i straciłem karierę. Wszystko się skończyło. Nie mogłem dalej śpiewać. Nie mogłem zarabiać pieniędzy. Jednego dnia śpiewałem muzykę klasyczną w Warszawie, robiłem rzeczy super interesujące i piękne. A trzy miesiące później pracowałem jako kelner podający szampana, żeby zarobić trochę pieniędzy. Udawałem, że mam 18 lat. A miałem 16. Chciałem zarabiać pieniądze, ale nie mogłem już śpiewać. To był taki niezbyt duży kryzys. Za każdym razem, kiedy przygotowuję płytę mam taki kryzys. Może to zastępuje mi mój kryzys 30-latka. To prawda, że on istnieje.

RMC: Nadal nie odpowiedziałeś na moje pytanie: co będziesz robił tego dnia.

Mika: Prawdopodobnie zagram koncert. Nie wiem. Nigdy nie miałem przyjęcia urodzinowego.

RMC: Czy to cię stresuje?

Mika: Nie, wcale nie. Właściwie nie lubię obchodzić swoich urodzin. Wolę Boże Narodzenie. Wolę iść do pubu w piątek wieczorem albo w poniedziałek. Wolę wyjścia, kiedy nie ma okazji do świętowania. Nie wiem. Urodziny… prawie za każdym razem w moje urodziny gram koncert… tak jest chyba od sześciu lat… to dobrze.

RMC: Masz swoją postać w Muzeum Grevin (muzeum figur woskowych). To nobilitacja?

Mika: Nie, bo to wosk i wosk się łatwo topi. To trochę absurdalne. W pozytywnym tego słowa znaczeniu. Nie myślę o tym za bardzo. Ale kiedy zobaczyłem postać wybuchnąłem śmiechem. Owszem, jest podobieństwo, ale zrobili mi taką minę…. jakby mnie bolał brzuch. Albo jakbym mówił coś głupiego. Kiedy robili mi zdjęcie, być może chciałem coś powiedzieć.

RMC: Ostatnie pytanie. Będzie trasa koncertowa, która zacznie się jesienią. Jest już kilka dat, Wśród nich jest Casino de Paris. Czy to coś dla ciebie zmienia?

Mika: Tak, to coś innego. Podobnie, kiedy występowałem w Cirque d’Hiver, to było coś innego. To całkiem nowy spektakl. Bardzo mi się tam podobało. Dawno nie dałem koncertu, który by mi się tak bardzo podobał. Ale nie chcę tego powtarzać. Zrobię coś nowego i uważam, że Casino de Paris to miejsce idealne.

Zobaczymy. Lubię pokazywać w trasie ten sam spektakl, ale zobaczymy. Ta trasa będzie w pięknych miejscach, w pięknych salach. W salach, w których ludzie mogą siedzieć. To duża różnica, jeśli ludzie mogą siedzieć wygodnie i słuchać. Będą wersje akustyczne, będą wersje taneczne. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale kiedy ludzie mogą siedzieć, możemy przygotować większy… wachlarz emocji, szybkości… można naprawdę bardzo zwolnić. A potem, bum! Wybuchnąć czymś bardziej skocznym.

RMC: Dziękuję i życzę ci pięknego koncertu dziś wieczorem. Witamy w Normandii.

Wywiad po francusku można obejrzeć poniżej.

…………………………………………………………………………………………………..


Wywiad 24/04/2015

Wywiad przeprowadzony przez Sophie Coste dla radia RMF France

Sophie: To naprawdę przyjemność móc dziś z tobą rozmawiać. Oczywiście będziemy rozmawiać o The Voice (rok 2015), ponieważ jutro jest finał, i przede wszystkim przyszedłeś żeby nam opowiedzieć o twoim nowym albumie „No Place in Heaven”, który ukaże się 14 czerwca.

Mika: I który już słyszałaś!

S: I który naprawdę uwielbiam. Przede wszystkim chcę ci coś powiedzieć, Mika. Ty zawsze dotrzymujesz słowa. Nie wiem, czy sobie przypominasz, kiedy byłeś w naszym studio, żeby nam zaprezentować singiel „Boum Boum Boum”, powiedziałeś, że kiedy ukaże się album, to przyjdziesz. I dziś tu jesteś. Czy w ogóle, kiedy coś mówisz, to dotrzymujesz słowa?

M: Staram się…

S: Ale tak ogólnie? Taką masz zasadę?

M: No tak, uważam, że tak trzeba, bo słowo, to wszystko, co mamy.

S: Przed chwilą słuchaliśmy piosenki „Talk About You”. I na pewno słuchaczom nie umknęło to.. (słyszymy fragment piosenki „Sara perche ti amo”).

M: Tak.

S: Jest jednak jakieś podobieństwo.

M: To nie tylko podobieństwo. Oczywiście. Napisałem piosenkę „Talk About You” i pomyślałem, że to bardzo przypomina… to. Powiedziałem sobie: ok, jeśli ta piosenka ma się znaleźć na albumie,

wyślę ją do tamtego autora. Znajdę go i zapytam go o zgodę. Piosenka została. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że to będzie też singiel. Doszliśmy do porozumienia jeszcze zanim album się ukazał.

Podejrzewałem, że mogą pojawić się pytania. Mogłem zmienić piosenkę, żeby ukryć podobieństwo, ale nie chciałem tego robić. Można ją było usłyszeć w radiu jakieś 30-35 lat temu…

S: Tak, Ricchi e Poveri.

M: Wiele osób nie znało tej historii: że zapytałem o zgodę i tak dalej. Napisano nawet artykuł we Włoszech i tekst był naprawdę entuzjastyczny. Uznali to za hołd tamtemu wykonaniu.

S: „No Place in Heaven” to 14 utworów. Z czego 4 po francusku. Jak wybierasz to, co będziesz śpiewał po angielsku czy francusku? Czy to zależy od treści, którą chcesz przekazać?

M: Kiedy piszę po francusku, pracuję z moim współpracownikiem.

S: To Greg?

M: Nie, to Doriand.

S: A tak, mówiłeś mi. Z nim napisałeś „Boum Boum Boum”.

M: Tak. „Boum Boum Boum”, „Elle me dit”… „Karen”. Sporo razem napisaliśmy. I te piosenki znajdą się na albumie. Jeśli przyjrzycie się albumowi, zauważycie, że wszystko jest wymieszane. Są dwa tytuły po angielsku, piosenka francuska, potem znów po angielsku. Chciałem stworzyć rodzaj playlisty, która by mnie reprezentowała. Poproszono mnie, żeby dodać 4 piosenki francuskie jako bonus. Ale pomyślałem, że to by było niesprawiedliwe. Te piosenki są bardzo ważne, to część mojej historii. Powinny być wymieszane. Jestem chyba jedynym artystą, który pracuje w języku angielskim i miesza piosenki w różnych językach.

S: A śnisz po francusku czy po angielsku?

M: Po angielsku.

S: Miałam szczęście wysłuchać wszystkich 14 piosenek, odbyć tę podróż, którą się odbywa słuchając tego albumu. Jest bardzo pop, disco. Na przykład jest taka piosenka, którą bardzo lubię „All She Wants”. To trochę jakby George Michael z okresu Wham spotkał się z Bee Gees i trochę z „Close to Me” The Cure.

M: O tak! To dokładnie wszystko, co lubię!

S: Ja słyszę tam całą masę innych wpływów.

M: I to właściwie jest playlista Davida (uczestnika The Voice). Dałem mu wszystkie utwory, które uwielbiam.

S: Chciałeś zrobić przyjemność swoim fanom wypuszczając piosenkę „Last Party”?

M: Tak i jeszcze można zamówić równolegle inną piosenkę pod tytułem „Good Guys”.

S: „Good Guys”. Tę piosenkę też bardzo lubię. W piosence „Last Party” jest takie zdanie: „If it’s the end of the world let’s party” (jeśli to jest koniec świata, to bawmy się). Czy ty uważasz siebie za takiego „party guy”?

M: Nie, nie do końca. Ale kiedy idę na imprezę, zakładam adidasy, t-shirt i tańczę godzinami.

S: Czy zdarza ci się powiedzieć: „co mi tam, raz się żyje, zaszalejmy i jutro będziemy się martwić”?

M: Hmmmm…. to trochę przypomina to, co robię na scenie (śmiech). Mam ten przywilej, że mogę dokonać tego rodzaju egzorcyzmu, tego oczyszczenia… kiedy jestem na scenie, mogę zaszaleć. Puszczam kontrolę. I to jest bardzo ważne.

S: „Last Party” to oda do Freddiego Mercury. Pomyślałam, że sprawi ci przyjemność posłuchanie „Bohemian Rhapsody”.

M: O tak. Co ciekawe, napisałem tę piosenkę i uznałem, że to bardzo ważne dla mnie, żeby ją wysłać do Briana i Rogera – członków zespołu Queen. Bardzo im się podobała. Dla mnie to duży komplement. Bo gdyby im się nie podobała… W końcu mówi o sprawach bardzo intymnych Freddiego i całego zespołu … to byłaby katastrofa. Ale nie.

S: I miałeś sesję zdjęciową?

M: Tak. Na Basenie „Molitor”

S: Basen „Molitor” to piękne miejsce! I do tej piosenki „Last Party” nakręciłeś teledysk pod okiem Petera Lindberga. Dla tych, którzy nie wiedzą, to największy fotograf mody naszej epoki. Mógłbyś nam coś opowiedzieć o tym teledysku?

M: Tak, Peter to wielki fotograf mody. I kiedy mówi się o fotografii modowej, myśli się zdjęciach bardzo wyretuszowanych, trochę nieprawdziwych. Peter to całkowite tego przeciwieństwo. Jest znany z tego, że jest w stanie uchwycić duszę swojego modela. On fotografuje dzieci, zwierzęta, supermodelki. Zawsze pokazuje coś żywego. Dla mnie to taki Hemingway fotografii. On ma ten rodzaj prostoty i jest bardzo bezpośredni. Potrafi przekazywać emocje. Zaprzyjaźniliśmy się, kiedy robiliśmy sesję zdjęciową dla Asocjacji „Enfants sans cancer – Imagine for Margo” (zajrzyj do zakładki „Działalność społeczna”, żeby dowiedzieć się więcej o tej organizacji). I tak staliśmy się przyjaciółmi – kompletnie poza kontekstem mody, muzyki. Rozmawialiśmy, żartowaliśmy, spędziliśmy razem weekend w Arles i w końcu powiedziałem mu, że chciałbym żeby mnie sfotografował dla mojej muzyki. Zwykle, kiedy robię zdjęcia do moich płyt bardzo się stresuję. Nie lubię tego. Zawsze mam wrażenie, że ktoś przychodzi, żeby „wykonać swoją robotę”. I nie robi tego z miłością. A Peter zrobił to tylko po to, żeby się dobrze bawić. Zrobił zdjęcia do albumu, ale także zrobiło ten teledysk. Pomysł polegał na zrobieniu jednego ujęcia – zrobiliśmy ich prawie trzydzieści – Peter mnie kierował w sposób bardzo dyskretny ale i precyzyjny. I to jest zdjęcie, które mówi.

S: Ach, to jest super. Widziałam fragment teledysku i muszę ci powiedzieć, że wyglądasz w nim zabójczo! Jak odnosisz się do swojego wyglądu? Czy uważasz, że jesteś piękny?

M: Nie. Nie.

S: Naprawdę? Masz kompleksy?

M: To zależy. Mam trochę kompleksów. Jestem…No… Myślę, że mam jak większość facetów.

S: Wytłumacz to, bo ja nie rozumiem.

M: Kiedy biorę prysznic i przeglądam się w lustrze, mówię sobie: Ok. Może być. Ale kiedy widzę się na zdjęciu zrobionym przez kogoś, na przykład telefonem, nie podoba mi się to, co widzę. I w większości przypadków, kiedy mam sesje zdjęciowe, nie podoba mi się efekt końcowy. To znaczy podoba mi się zdjęcie, ale nie podoba mi się osoba na zdjęciu.

S: Usiądź wygodnie, Mika. Bo musimy o tym porozmawiać dłużej.

M: To jakby ktoś cię sfotografował i byś powiedziała, że to ta sama osoba, którą widzisz w lustrze. Tu wcale nie chodzi o egocentryzm – po prostu to zdjęcie jest bardziej uczciwe, szczere. I można się sobie trochę bardziej podobać.

S: Masz jednak świadomość tego, jak działasz na ludzi? Ludzie uważają, że jesteś przystojny. Masz świadomość przekazu, jaki wysyłasz?

M: To nie prawda. Są ludzie, którzy są dużo bardziej przystojni ode mnie. I o tym jestem przekonany!

S: Miałeś w życiu okres, kiedy uważałeś się za brzydala?

M: Może nie aż tak. Miałem trądzik, jak wszyscy. Ale to nie był mój największy problem. Ja raczej bym powiedział, że miałem okres, kiedy byłem okrągły. Byłem dosyć gruby.

S: Tak?

M: Tak, byłem gruby.

S: I wtedy podobałeś się sobie?

M: (ze śmiechem) Czy podobałem się sobie?

S: Czy dobrze się z tym czułeś?

M: Tak, dobrze się z tym czułem. Wiesz, ja jem bardzo dużo. Zanim dorosłem rosłem w innym kierunku. Na szerokość. I naprawdę byłem najgrubszy z całego mojego rodzeństwa. Teraz trudno to sobie wyobrazić, ale tak było.

S: To prawda. Nie wiedzieliśmy tego o tobie. Obecnie patrząc na ciebie widać, że lubisz ładne rzeczy… Trzeba powiedzieć, że jesteś estetą. Lubisz ładne ubrania, piękne buty. Skąd się to wzięło? Ta miłość do pięknych rzeczy?

M: Mieszkaliśmy w Paryżu. Byłem wtedy mały, a moja mama była krawcową. Miała swoją markę ubrań dla dzieci. Szyła dla Galerie Lafayette, dla firmy w Nowym Yorku… Ale szwalnia była u nas w mieszkaniu. Ona i jej koleżanka potrafiły pracować nawet nocami, jeśli miały termin. Dosłownie rośliśmy z kawałkami materiałów w miskach z zupą. Rano jedliśmy śniadanie przed pójściem do szkoły, a ktoś w tym samym czasie, przy tym samym stole szył na maszynie. Więc dla mnie moda, ubrania, to były po prostu kawałki materiałów w różnych interpretacjach. W ten sposób patrzymy na ciuchy. To nie jest po prostu nowa torebka, czy nowa para butów…

S: Tak, za tym kryje się historia. I jest nowa historia z Maison Valentino. To bardzo znana marka włoska.

M: Tak. I bardzo dobrze się przy mnie bawią (śmiech).

S: No to opowiedz nam o tym. Stałeś się ich twarzą.

M: Teraz noszę tylko Valentino.

S: Na przykład tak byłeś ubrany w zeszłym tygodniu w The Voice? Garnitur z napisem „amore”?

M: Dokładnie. Wszystkie garnitury w The Voice to Valentino. Pomysł jest taki: mam teraz 31 lat. Jeśli miałbym zdecydować, jak się ubierać i pozostać wierny mojej osobowości, to byłby to styl „dandy”.

S: Dokładnie. To jest twój styl.

M: Forma garnituru jest bardzo klasyczna. Ale to co jest na nim jest trochę zwariowane.

S: Tak jak ty. Taka mieszanka wybuchowa. I to jest bardzo fajne. Współpracujesz też z marką Swatch?

M: Tak.

S: I na czym to polega?

M: Projektuję dla nich.

S: Ach, wymyślasz projekty?

M: Tak. Zrobiliśmy już jedną kolekcję. Teraz robimy kolejną (patrz zakładka „Peugeuot Pilot Swatch”). To szalony pomysł. Stworzyliśmy film rysunkowy, jest zegarek z historią, są rysunki. Dla mnie to świetna zabawa. A oni są bardzo kreatywni i na przykład pomagają mi przy nowym teledysku do piosenki „Talk About You”. Pomogli mi go sfinansować. Teraz nie możemy poprosić o pomoc naszej wytwórni płytowej. To już tak nie funkcjonuje.

S: To taki rodzaj współpracy. Finał The Voice już jutro. Porozmawiajmy o tym. Byłeś bardzo dobry w pierwszym sezonie. Dwa odkrycia muzyczne dzięki tobie: Frero Delavega i Kendji, który wygrał.

M: Bardzo go lubię. On ma ten swój urok. Nikt inny nie może zaśpiewać tak jak on. To w momencie, kiedy usłyszałem, jak śpiewał „Bella”, powiedziałem sobie: osoba, która to śpiewa ma w nosie, co sądzą o niej inni. Ona śpiewa, bo taką czuje potrzebę. Jurorzy zastanawiają się czego szukamy. I chodzi właśnie o te potrzebę śpiewania. Jeśli nie możesz śpiewać, to umrzesz.

S: Wysłuchaliśmy tej piosenki Vianney „Pas La”. Hiba zaśpiewała ją w półfinale. Niestety odpadła. W jaki sposób dobierasz piosenki dla swoich talentów? Oni wybierają czy ty im narzucasz?

M: Muszę być szczery w tym przypadku. Miałem wywiad w Londynie dla francuskiego magazynu. I ten dziennikarz powiedział mi o tej piosence Vianney. Ja na to: co to? Kto to? A on na to: posłuchaj, na pewno ci się spodoba. Natychmiast posłuchałem jej na Spotify i od razu pomyślałem: Hiba! Zastanawiałem się jak to się stało, że nie znałem tej piosenki. Często była puszczana w radiu, ale nie miała zbytniego powodzenia.

S: I teraz od tygodnia stała się hitem.

M: Tak, weszła do TOP10.

S: Dzięki tobie. Vianney może ci podziękować. Twój finalista, David… jak myślisz, dlaczego powinien wygrać? Jutro finał. Co powinien pokazać, żeby wygrać?

M: Czułość. On jest typem showmana. Ma głos. Jest młody.

S: Świetnie wygląda.

M: Tak, świetnie wygląda. I ma jeszcze to, co jest bardzo ważne… to prawda, że on dużo czerpie z lat pięćdziesiątych, z Elvisa. Ale to nie jest kopiowanie Elvisa. Specjalnie wrzuciłem go do innego repertuaru i mogliśmy zobaczyć inne jego odsłony. Ale to, co powinien dorzucić, a co inni mają w nadmiarze, to czułość.

S: Czyli mówisz, że Davidowi brakuje czułości?

M: On ją ma. Kiedy śpiewał z Hiba było ją słychać. W mojej drużynie w półfinale ilość otrzymanych głosów była bardzo zbliżona. 55 i 44, jeśli dobrze pamiętam. W duecie David się otworzył, pokazał tę czułą stronę przy Hibie. I myślę, że publiczność to dostrzegła i to dało mu przewagę w półfinale.

S: Kogo z konkurencji najbardziej się obawiasz? Szczerze.

M: W tym roku, szczerze, nie wiem. Poziom jest tak wyrównany, że jedna chwila może zadecydować o wyniku. Mogę tylko powiedzieć, że szykuje się niespodzianka. David zaśpiewa z kimś jeszcze. To znaczy będzie śpiewać sam, w duecie ze mną i jeszcze z jedną osobą…

S: W mediach społecznościowych wielokrotnie oskarżano Jenifer o faworyzowanie Batisty .

M: Możnaby powiedzieć to samo jeśli chodzi o Hibę, ale to publiczność….

S: A ty masz w sobie ten patriotyzm lokalny?

M: Ale to publiczność co tydzień wybierała Hibę. Czy mam w sobie patriotyzm lokalny?

S: Tak, jeśli chodzi o twój kraj pochodzenia: Liban.

M: Trochę. Ale kiedy widzę kogoś, kto ma 26 lat, jest Libańczykiem i stara się zrobić karierę, rozumiem wyzwanie, przed którym staje. Wiem, że to trudne. Wiem, że jest poprzednia generacja, która straciła swoją szansę w czasie wojny… po 25 latach wojny domowej. To zostawia głęboki ślad. I to sprawia, że jestem dla nich łagodniejszy.

S: Ich historia jest ci bliska.

M: Tak. Jeśli młody Syryjczyk przychodzi i mówi, że chciałby to robić, to otwierasz ramiona trochę szerzej. Bo wiesz, że w takiej sytuacji, jeśli nie otworzymy szerzej ramion będzie ciężko. Oczywiście teraz w Libanie jest o wiele lepiej niż kiedyś. Ale myślę, że są kraje w których trudno jest robić karierę. Zostawić wszystko, co Hiba robiła w Libanie…

S: Ona już była znana w Libanie? Ty ją znałeś? Słyszałeś o niej?

M: Tak, słyszałem o niej. Nawet widziałem ją na scenie.

S: I rozpoznałeś ją? (w czasie przesłuchań w ciemno)

M: Tak, rozpoznałem ją. Ale nie wiedziałem, czy ona będzie potrafiła przystosować się do mojego stylu pracy.

S: A jaki jest ten twój styl pracy?

M: Ja wszystko rozwalam.

S: To znaczy?

M: Wszytko rozwalam i buduję od początku. To jest trudne.

S: Na pewno. To musi być trudne. Na przykład jeśli ktoś do ciebie przychodzi i uważasz, że nie ma co z nim pracować. Czy od raz wprost mu to powiesz?

M: Tak.

S: Dobrze. To odwróć się teraz. Zrobimy sobie małe przesłuchanie w ciemno. Bo wiesz, ja bardzo lubię śpiewać. Powiesz mi, czy w ogóle warto kontynuować.

M: Ale ty musisz dobrze śpiewać. Nie tylko poprawnie.

S: Nie, ja naprawdę zaśpiewam. Zaśpiewam tak, jak to robię w domu. (Sophie zaczyna śpiewać a capella piosenkę „Sara, perche ti amo”).

M: Nie wiem, czy mnie opieprzasz, czy śpiewasz piosenkę o miłości? To trochę jak Meryl Streep w „Mamma Mia”. Dorzuć trochę efektów auto-tune i za jakieś 20 lat będzie dobrze.

S: Acha.

M: Problem w tym, że najpierw musisz zostać gwiazdą i potem będziesz mogła śpiewać, a wtedy publiczność ci wybaczy.

S: Dobrze. Teraz, żeby zapomnieć o tym beznadziejnym występie, w czasie którego jakieś 10 tysięcy radiosłuchaczy nas opuściło…

M: 10 tysięcy? Możesz dorzucić jeszcze jedno zero! Wracajcie!!!!

S: Nadal jest z nami Mika z okazji wydania nowej płyty „No Place in Heaven”. Mika, myślisz, że nie ma dla ciebie miejsca w niebie?

M: (śmiech) Nie wiem. Myślę, że to jest jakaś obsesja, nawet dla ludzi, którzy nie są zbyt religijni.

S: Jesteś wierzący?

M: Wyrosłem w rodzinie rzymsko-katolickiej. Jestem … jak to się mówi? To jest wersja libańska.

S: Wersja libańska? Protestant?

M: Melchita.

S: OK. To religia chrześcijańska?

M: Tak.

S: Ale wierzysz w Boga?

M: Tak.

S: Dobrze. Czyli pójdziesz do nieba? Nie ma powodu, żebyś….

M: Ale nie wiemy, czy niebo istnieje. Jestem osobą, która wierzy w Boga. Uważam, że ta koncepcja jest dosyć ważna. Ale kiedy wejdziemy w detale…

S: No właśnie. W detale.

M: Myślę, że mamy obsesję raju i budujemy nasze wieże Babel. Myślę, że w momencie, kiedy pozbywamy się tego lęku, jesteśmy w stanie odnaleźć raj w naszym życiu codziennym.

S: Spróbujmy poznać cię trochę lepiej. Kiedy chcesz zaszaleć, co robisz?

M: Tańczę. Albo jem. Nie, to nieprawda.

S: Nie rzucasz się na jedzenie?

M: Nie. Gotuję. Kiedy chcę pomyśleć, gotuję.

S: Co dokładnie?

M: Wszystko. Naprawdę gotuję na poważnie.

S: I robisz to bardzo dobrze?

M: Cała moja rodzina świetnie gotuje. Mój brat jest piekarzem. Pięć razy w tygodniu wstaje o piątej nad ranem i idzie piec chleb zanim pójdzie do pracy. Przysięgam!

S: Do czego masz słabość?

M: Do piwa.

S: O, to tak jak ja! A jakiego szczególnie?

M: Piwa belgijskiego.

S: Super. Na przyszły raz zamiast filiżanki herbaty, będzie na ciebie czekać kwarta piwa. Z jakiej cechy charakteru jesteś dumny?

M: Tolerancji. W każdym razie staram się. I wytrwałości.

S: A czego raczej się wstydzisz?

M: Jestem uparty.

S: Gdybyś mógł coś zmienić w swoim wyglądzie, to co by to było?

M: (śmiech) Mówi się, że kobiety mają kształt gruszki. Wiem, że mówię teraz o okropnych stereotypach. A mężczyźni to raczej trójkąty. Więc ja chciałbym bardziej wyglądać jak trójkąt.

S: A co, uważasz, że wyglądasz jak gruszka?

M: (śmiech) Tak!

S: Gdybyś mógł mieć super moc, to co byś wybrał?

M: Chciałbym umieć zatrzymywać czas. Zamrozić wszystkich, żebym mógł zachwycać się chwilą, albo żebym mógł zemścić się na tych gnojkach, których nie lubię, albo mógłbym ukraść ze sklepów różne rzeczy. Tu zegarek, tam biżuterię. Byłoby super. I potem bym to wszystko rozdał.

S: Jak Robin Hood?

M: Nie. Rozdałbym to rodzinie.

S: Idealna kolacja. Kogo byś zaprosił?

M: Hm. Oni wszyscy już nie żyją.

S: Nieważne. To tylko fantazja.

M:Jean Cocteau, żeby dał nam do myślenia. Jacques Tati, żeby pozwolił nam marzyć. Marilyn, żeby się dowiedzieć, czy naprawdę była geniuszem, czy po prostu głupia.

S: Marlen…

M: Marilyn Monroe.

S: Ach, ok. Myślałam, że mówisz o Marlenie Dietrich.

M: Garbo, żeby nam ugotowała zupę – barszcz. Bo ona to jadła codziennie.

S: Zaprosiłbyś Gretę Garbo tylko dla zupy?

M: Tak. Ona wszędzie nosiła ze sobą tę zupę.

S: Czyli ona by gotowała?

M: Nie. Tylko zupę.

S: Do twojej idealnej kolacji? Jakie jest twoje ulubione słowo, wyrażenie, którego ciągle używasz?

M: „En faite”(w rzeczywistości). Są tacy, co ciągle powtarzają „en revanche” (za to).

S: A ty powtarzasz „en faite”?

M: En faite.

S: Twoje ulubione brzydkie słowo?

M: „Chier”. „Ca fait chier”.

S: (śmiech) Mika popatrzył na mnie i powiedział: „Chier”.

M: „Oh, ca fait chier”. Lubię też „salaud” (bękart).

S: „Salaud” jest fajne. Oprócz muzyki i Louboutina, do czego czujesz się przywiązany?

M: Louboutin to nie przywiązanie.

S: Przepraszam, mówiłam o sobie. Oprócz muzyki i piwa, do czego czujesz się przywiązany?

M: Przywiązanie do piwa, to już brzmi poważnie. Zbieram różne rzeczy.

S: Co na przykład?

M: Rzeczy, których nawet nie wiem jak używać! Jakie? Mam cała stertę mebli i innych rzeczy, których prawie nie mam gdzie trzymać. Mój dom jest nieduży.

S: Czyli zbierasz meble?

M: Zbieram meble i potem nie wiem co z nimi zrobić. Naprawdę to jest okropne. Już część rzeczy porozdawałem. Rodzinie, moim siostrom. Kolekcjonuję też na przykład rysunki.

S: Ale rysunki z autografami?

M: Rysunki wykonane przez innych, ilustracje. Kolekcjonuję je. I to nie są jakieś super drogie rysunki…

S: Takie, które ci się podobają.

M: Podobnie jest z meblami. To nie są jakieś strasznie drogie meble. Mój dom trochę przypomina antykwariat.

S: Tak to sobie właśnie wyobrażam.

M: Gdybyś potrzebowała jakiś mebel, taboret albo komodę, możesz przyjść do mnie.

S: Właśnie wizualizuję sobie Mikę otoczonego starymi meblami, z piwem w ręce. I mówię sobie: to nie w taki sposób go sobie wyobrażałam.

M: Dokładnie tak jest. Ale mówiąc poważnie, mam takie marzenie, żeby pozbyć się tego wszystkiego. Otworzyć drzwi i zrobić kompletną wyprzedaż. Wszystkiego. W ten sposób mógłbym wszystko zacząć od początku.

S: Świetny pomysł. Ostatni album Miki – kto chętny???? Mika, ostatnie pytanie. Czy jest coś, czego żałujesz?

M: Myślę, że często można pomylić nasze pragnienia z tym, czego żałujemy. Oczywiście, tak jak wszyscy żałuję pewnych rzeczy. Ale to nie znaczy, że nie możemy tego zmienić. Jet to tylko trochę trudniejsze. Trzeba się bardziej wysilić. Zawsze staram się spojrzeć na to, czego żałuję, jakby to były moje pragnienia. Jakby to były rzeczy, które chcę robić.

S: Mika, serdecznie dziękuję, że zechciałeś być tu dziś z nami. Twój nowy album „No Place in Heaven” ukaże się 15 czerwca 2015 i na pewno odniesie sukces. Bardzo lubię „Good Wife”, którego słucham na okrągło. „Ordinary Man”, który wyciska łzy. „J’ai pas envie” z bardzo śmiesznym tekstem. A ty, jeśli nie chcesz czegoś zrobić, jesteś w stanie się zmusić?

M: Nie, to niemożliwe. Albo zrobię to bardzo źle.

S: Jest jeszcze piosenka po francusku „L’Amour Fait ce qu’il Veut”.

M: Disco.

S: Kiedy jesteś zakochany masz wrażenie, że nad niczym nie panujesz?

M: Mam z tym problem. Jestem lepszy w kuchni.

S: Jesteś raczej typem, który lubi miłość szaloną, kiedy dużo się dzieje? Czy lepiej się czujesz w czymś co jest bardziej stabilne?

M: Nie wiem. Za każdym razem, kiedy zdarza się coś szalonego, ekscytującego, to się kończy katastrofą. I za każdym razem, kiedy sobie mówię; och, to nudne, nic ciekawego, to trwa bardzo długo.

S: Tak, tak często się dzieje. Czy za wcześnie jeszcze mówić o trasie koncertowej?

M: Nie. Część miejsc jest już sprzedana. Paryż jest już wyprzedany. Toulouse też.

S: Możesz podać jakieś daty?

M: Zaczynamy 19 września. I dorzucimy jeszcze kilka dat. Na przykład Paryż. Tak naprawdę trasa zaczyna się w Azji w maju.

S: Ach, to już niedługo.

M: Niestety tak. I trochę się boję.

S: Mika, dziękuję ci bardzo za to, że byłeś z nami. Oczywiście jutro wieczorem wszyscy zasiądziemy przed telewizorami, żeby oglądać The Voice.

M: David, David, David!

S: A wy będziecie mogli obejrzeć video z całej naszej rozmowy … chyba, że wytnę ten moment kiedy śpiewałam.

M: Nie, nie możesz tego zrobić. Potem będziesz żałować.

S: Całuję cię mocno. Nie zmieniaj się. I przychodź do nas, kiedy tylko zechcesz. Do zobaczenia.

M: Do zobaczenia.

…………………………………………………………………………………………………..

Wywiad dla radia Cherie FM czerwiec 2012

Kilka pytań zadanych Mice w czasie promocji albumu „Origin of Love”.

Pytanie: Jakie piosenki śpiewasz pod prysznicem?

Mika: Myślę, że jutro rano to będzie nowa piosenka Birdy.

Pytanie: Duet twoich marzeń?

Mika: To mogłaby być France Gall

Pytanie: Najbardziej szalona rzecz, którą zrobiłeś z miłości?

Mika: Z miłości? Spadłem samochodem ze wzgórza w Walii.

Pytanie: Moment największej tremy.

Mika: Kiedy prezentuję nową muzykę. Na scenie.

Pytanie: Jakie danie gotujesz najlepiej?

Mika: Robię dobre suflety.

Pytanie: Twoje największe osiągnięcie?

Mika: A, na to trzeba poczekać. Zapytajcie mnie o to za dziesięć lat. A wtedy powiem, żebyście mnie o to zapytali za pięć lat. A wtedy wam powiem, żebyście mnie o to zapytali za dwa i pół roku.

Pytanie: Twój idol/idolka?

Mika: Charlie Chaplin.

Pytanie:Piosenka, która kojarzy ci się z dzieciństwem?

Mika: „La Javanaise” Serge’a Gainsbourga.

Pytanie: Twój fetysz?

Mika: To… to pozostanie moim fetyszem.

Pytanie: Najbardziej szalony zakup?

Mika: Piękny samochód vintage. Wiecie, że jestem słaby kierowcą. Ale za każdym razem, kiedy widzę piękny, stary samochód z lat pięćdziesiątych czy sześćdziesiątych to kusi mnie, żeby go kupić. Kiedyś kupiłem auto. Nie miałem wtedy nawet prawa jazdy. To był Austin Healey z lat sześćdziesiątych. Nie, nawet z lat pięćdziesiątych. Piękne auto angielskie. Nigdy nim nie jeżdżę. Patrzę na nie. Poleruję. Jest piękne.

Mika jednak od czasu do czasu korzysta ze swojego czerwonego Austina. A dowodem na jego słabość do starych samochodów jest zdjęcie Syrenki, które umieścił w 2016 roku na Instagramie. Zdjęcie zrobił na warszawskim lotnisku.

…………………………………………………………………………………………………..